I may or may not sound like a crazy kid of insatiable appetite for interesting people (well, I blame HONY). Well, during just one short evening spent in the area of Covent Garden, Soho & West End I saw just about the number of interesting-looking people that I would comfortably see during my ordinary existence in the time of about two years. I was deeply concerned that I would end up with ocular ataxia at some point because of all those people walking past, westenders as you may call them (honestly, my creativity surprises me sometimes). There obviously were some more suspicious individuals - an enormous man in a small antique shop specialising in old editions of books for children, for instance. The frustrating part though was the fact that they were all around, but I was too scared to just casually ask for permission and hence was forced to behave like an unsatisfied papparazzo. I definitely have to work on my communication skills to finally be able to choke that "may I take your picture?" phrase without embarassment.
W ciągu zaledwie jednego krótkiego popołudnia w okolicach Covent Garden, Soho i West Endu można spotkać tyle interesująco wyglądających osób, co orientacyjnie spotyka się w okresie zwyczajnej egzystencji mniej więcej w przeciągu stu lat. W pewnym momencie zaczęłam się obawiać oczopląsu od tych wszystkich mijanych osobników. Były też wprawdzie typy podejrzane, jak na przykład potężny pan w jednym z malutkich antykwariatów specjalizujących się w starych wydaniach książek dla dzieci. Najbardziej frustrujące było jednak to, że mimo wszystko nie mogłam zdobyć się na wykrztuszenie z siebie prośby o zrobienie zdjęcia jak kulturalny człowiek, a zamiast tego musiałam zachowywać się jak niewyżyty papparazzo (co to w ogóle za okropne słowo).
W londyńskich i oksfordzkich księgarniach można by spokojnie zamieszkać. Łatwo się w takim Blackwellu albo Waterstone's zapomnieć i zasiedzieć, jeszcze łatwiej ulec pokusie wytrzebienia połowy asortymentu. Ja kupiłam tylko trzy książki, z czego dwie powyższe są powodem, dla którego chyba zmienię swoje plany zawodowe - wyjadę do Nowego Jorku i zostanę copywriterem!
Zdjęcia poniżej są już z Canterbury, bardzo przyjemnego miasteczka, które zwiedzaliśmy w drodze powrotnej tuż przed przyjazdem do Dover. Będąc już na promie, zamiast ludzi łapałam agresywne mewy w locie.
To już chyba wszystko, co zostało mi z Londynu, a maj i czerwiec zapowiadają się gorzej niż tragicznie, więc teraz pozostaje mi tylko nadzieja na to, że wszystko przeżyję i w jakiś sposób dotrwam do błogiego lipca. Miłego wieczoru!


























































