Strony

20130511

westenders | london part three

IMG_2456sm-horz

I may or may not sound like a crazy kid of insatiable appetite for interesting people (well, I blame HONY). Well, during just one short evening spent in the area of Covent Garden, Soho & West End I saw just about the number of interesting-looking people that I would comfortably see during my ordinary existence in the time of about two years. I was deeply concerned that I would end up with ocular ataxia at some point because of all those people walking past, westenders as you may call them (honestly, my creativity surprises me sometimes). There obviously were some more suspicious individuals - an enormous man in a small antique shop specialising in old editions of books for children, for instance. The frustrating part though was the fact that they were all around, but I was too scared to just casually ask for permission and hence was forced to behave like an unsatisfied papparazzo. I definitely have to work on my communication skills to finally be able to choke that "may I take your picture?" phrase without embarassment.

W ciągu zaledwie jednego krótkiego popołudnia w okolicach Covent Garden, Soho i West Endu można spotkać tyle interesująco wyglądających osób, co orientacyjnie spotyka się w okresie zwyczajnej egzystencji mniej więcej w przeciągu stu lat. W pewnym momencie zaczęłam się obawiać oczopląsu od tych wszystkich mijanych osobników. Były też wprawdzie typy podejrzane, jak na przykład potężny pan w jednym z malutkich antykwariatów specjalizujących się w starych wydaniach książek dla dzieci. Najbardziej frustrujące było jednak to, że mimo wszystko nie mogłam zdobyć się na wykrztuszenie z siebie prośby o zrobienie zdjęcia jak kulturalny człowiek, a zamiast tego musiałam zachowywać się jak niewyżyty papparazzo (co to w ogóle za okropne słowo).

IMG_2459 IMG_2460sm-horz
IMG_2499sm-horz
IMG_2455sm-horz IMG_2095

W londyńskich i oksfordzkich księgarniach można by spokojnie zamieszkać. Łatwo się w takim Blackwellu albo Waterstone's zapomnieć i zasiedzieć, jeszcze łatwiej ulec pokusie wytrzebienia połowy asortymentu. Ja kupiłam tylko trzy książki, z czego dwie powyższe są powodem, dla którego chyba zmienię swoje plany zawodowe - wyjadę do Nowego Jorku i zostanę copywriterem!
Zdjęcia poniżej są już z Canterbury, bardzo przyjemnego miasteczka, które zwiedzaliśmy w drodze powrotnej tuż przed przyjazdem do Dover. Będąc już na promie, zamiast ludzi łapałam agresywne mewy w locie.

IMG_2603 IMG_2599 IMG_2619 IMG_2623-horz IMG_2684 IMG_2680 IMG_2677 IMG_2672

To już chyba wszystko, co zostało mi z Londynu, a maj i czerwiec zapowiadają się gorzej niż tragicznie, więc teraz pozostaje mi tylko nadzieja na to, że wszystko przeżyję i w jakiś sposób dotrwam do błogiego lipca. Miłego wieczoru!

20130506

madeleine | (outside) london part two

IMG_2052sm-horz

second hand cape, top and cardigan, H&M skirt, Vagabond shoes and Hi-End scarf


Not only did Oxford make me realise that it would actually be pretty awesome to study there, but it also reminded me how desperately I need a bicycle in my life, especially that the weather is so perfect for cycling right now - wait two or three weeks till Warsaw becomes a melting pot - not as a metaphor of multicultural society whatsoever, I mean melting. Anyway, I did feel like Hermione walking around Christ Church in that enormous cape, but I have to concede that the Eton boys had better outfits - not sure if those were tuxedos or tailcoats, but still, way more posh. This is the next part of my postcards from the trip and facehunter-wannabe snaps, enjoy.

Oksford przypomniał mi o tym, jak bardzo potrzebuję roweru w swoim życiu - piszę to z jeszcze większym przekonaniem dziś, zobaczywszy w weekend majowy prawdziwy wysyp rowerzystów w Warszawie. Obecnie pogoda na rower wydaje się być idealna (prawdopodobnie za dwa czy trzy tygodnie beton będzie skwierczał)(prawdopodobnie właśnie wykrakałam i czekają nas trzy miesiące nieustannego deszczu), a skoro już zahaczam o wątek pogodowy, sprostuję, że zdjęcia te naprawdę były robione nie dalej niż dwa tygodnie temu, bo chyba łatwo odnieść wrażenie, że to raczej wczesna jesień, a nie pora największego rozkwitu wszelkiego stworzenia. Niemniej jednak, chodząc po Christ Church w przepastnej pelerynie czułam się zupełnie jak Hermiona, choć muszę przyznać, że stylówą mimo wszystko pobili mnie (nieprzeciętnie przystojni) poubierani we fraki uczniowie Eton, którzy akurat wysypali się na ulice gdy przejeżdżaliśmy przez miasteczko (niewątpliwie byli główną atrakcją tej części wycieczki). Oto kolejna część moich pocztówek i zabawy w łowcę twarzy (wolne tłumaczenie słowa facehunter na polski brzmi co najmniej przerażająco, dopiero teraz to do mnie dotarło), niebawem już trzecia i ostatnia.

PS. Wszystkim maturzystom życzę powodzenia na egzaminach!

IMG_1913
IMG_1888
IMG_1872
IMG_1902sm-horz
IMG_1905sm-horz
IMG_1923
IMG_1939-horz
IMG_1964
IMG_1954
IMG_1988
IMG_2015sm-horz
IMG_2012
IMG_2178
IMG_2277sm-horz
IMG_2284
IMG_2054
"Madeleine! Looks like the photo you sent me!"

20130427

down in albion | london part one

IMG_1435

Po absolutnie każdej wyprawie z której przywożę ze sobą zdjęcia, następuje krótka, ale bardzo dramatyczna faza pod tytułem "muszę teraz ogarnąć je wszystkie". Zdjęcia, które wcale nie siedzą sobie spokojnie na karcie w oczekiwaniu na wolną chwilę, wręcz przeciwnie - zdjęcia, które z uporem wwiercają się w świadomość i niecierpliwią, aż je z tej karty uwolnię, a już najlepiej, jeśli natychmiast obrobię, oporządzę i wyeksponuję światu. Wszyscy się dopytują kiedy je wreszcie wstawię, ile ich będzie i dlaczego tak długo, zawsze staram się więc zabrać za tę czynność jak najwcześniej, by szybko mieć to z głowy i potem móc zabrać za inne obowiązki (albo zaległy odcinek serialu, jedno z dwojga). Zwykle kończy się jednak na tym, że cały dzień przecieka mi przez palce przy komputerze, a po tym wszystkim nie mam już na nic siły ani ochoty. Tak więc zegar sobie tyka, laptop zawiesza co pięć minut, a oczy, nogi i kręgosłup krzyczą WSTAŃ.
Odpuściłam sobie zatem nim zdążył trafić mnie szlag. A Photoshopa mam dość przez najbliższy tydzień.

Jak już zapewne zdążyliście się zorientować, miniony tydzień spędziłam w Londynie. Towarzyszyła nam chyba najładniejsza w tym roku pogoda - to już kolejny raz, gdy mam takie szczęście ze słońcem w tym mieście - dwa lata temu spędziłam tam upalne (jak na angielskie normy) trzy tygodnie, a i tym razem deszczu nie doświadczyliśmy ani razu.
IMG_1393
IMG_1403
Kilka godzin po powitaniu słońca na promie podziwialiśmy już zupełnie inny, choć również majestatyczny pejzaż - wieżowce City ze szczytu katedry św. Pawła.
IMG_1437
IMG_1438

Przez zdecydowaną większość czasu byłam w szale spottowania ludzi i robienia zdjęć wszystkim, którzy byli dookoła, wliczając przypadkowe osoby które stały, szły albo przejeżdżały gdzieś w pobliżu. W okolicach Soho i Covent Garden myślałam, że dostanę ataku epilepsji od patrzenia na tylu stylowych, ładnych i po prostu ciekawych ludzi na metr kwadratowy, ale więcej o tym w kolejnym poście.
IMG_1656IMG_1663IMG_1645sm-horzIMG_1628IMG_1586IMG_1674IMG_1615IMG_1680IMG_1867sm-horzIMG_1805IMG_1814sm-horz IMG_1817IMG_1840IMG_1852
Zakończę zdjęciem z cyklu "JP kontempluje sztukę", a kolejny post już niebawem. Tymczasem życzę wszystkim, a sobie już zwłaszcza, aby te nieszczęsne dwa dni przed majówką minęły szybko i bezboleśnie.